Zaczęło się już w ubiegły weekend-
niby nic, niby tylko ból brzuszka...
Potem kilka wizyt w toalecie-
i już! Zdrowy jak ryba!
Ale poniedziałek w szkole na wszelki wypadek sobie odpuściliśmy...
We wtorek z rana, tęskniąc już za szkołą nieco,
wyszykowaliśmy się na czas!
I tylko na pożegnanie w szatni Adaś powiedział:
"Mamo, czyję sie tylko TROSZKĘ źle..."
I poleciał!
I tak czułam, że skończy się to źle...
Po 2h już szłyśmy już z Martą po niego do szkoły...
Już radosny i wesoły,
już nic nie boli (zaliczył toaletę),
i plac zabaw był,
i chęci masa,
i już całkiem zdrowe dziecko!
Tylko że- a to psikus!- w środę go do szkoły nie wpuścili :/
No może nie do końca-
wpuścić wpuścili, nawet pokwitowali,
ale już po 15 min juz dzwonili, żeby go zabrać!
24h w domu MUS!
No i było by ok, gdyby nam ktoś wcześniej o tym powiedział...
Przykro było Adasiowi wracać znów do domu-
"Mamo! Ja się nie nauczę!"...
No ale czwartek! W czwartek to już na bank!
No i było by na bank, gdyby nie Mama...
Coś się Mama gorzej poczuła,
jakoś nie dała rady zebrać się do szkoły z rana...
No nic! Trudno! Jeszcze jeden dzień dla pewności!
I tu właśnie pojawia się SUPERHERO TATA!
Bo gdyby nie tata, to i z piątku były by nici...
Mama rozchorowana na całego,
zero sił, chęci do niczego...
Tata, zmuszony do pójścia na chorobowe z powodu zaniemogłej Mamy,
zaprowadził Adasia do szkoły (nareszcie!!!),
zajął się Martą,
zakupami,
praniem,
obiadem...
Gdyby tylko choróbsko nie było tak podłe,
mogło by raz na jakiś czas zajrzeć do Mamy i postawić Tatę przy sterze :)
Ale, póki co, wszelkim "tummy bug'om" mówimy zdecydowane NIEEEE!!!