W piątek były wagary!
Bo już z samego rana zapakowaliśmy się do auta Cioci S.
i ruszyliśmy w drogę do Somerset!
Na mini wakacje- 3 dni!
Spania po drodze raczej nie było-
ale za to sikanie na górce (A. i J.),
wietrzenie tyłka na drodze szybkiego ruchu
(M.,której 5 min od wyjazdu ze stacji zachciało się toalety!),
piknik w deszczu...
Na miejsce zajechaliśmy grubo przed czasem-
była więc chwila na plaże i na placzawce.
Plaża- piaszczysta, długa, szeroka... ale wody BRAK!
Odpływ ŻE HEJ, mokre piaski,błoto
i tabliczki ostrzegające przed chodzeniem po podmokłym terenie...
Ale pograne w piłkę,
powalczone z owadami
i wygrzane w słońcu,
które na chwile wychyliło się zza chmur.
Później check-in do szlaletów!!!
(bo tak w tubylczym języku nazywają się domki/ pokoje wczasowe- chalet),
obiad i rozrywka wieczorna!
Bingo, dyskoteka dla dzieci, drinki, automaty-
wszystko to, co na brytyjskich wakacjach być musi!
Wieczorem dojechał Tata z Bąblem i przy piwku i soczkach zakończyliśmy dzień pierwszy :)
W sobotę, zaraz po śniadaniu (english breakfast of kors!)
poszliśmy stadnie na basen.
Tłum, ścisk, zimna woda i nieczynna zjeżdżalnia,
ale zabawa po pachy!
Dzieci sztuk 4 (bo jeszcze Tosia z nami była) zadowolone ogromnie!
Wysuszeni, nakarmieni wyruszyliśmy na wycieczkę krajoznawcza na pobliskie klify!
I choć pogoda za chmurką, wypad bardzo udany!
Pięć kilometrów po wzgórzach i pagórkach,
kozy, zbocza i ruiny fortu obronnego!
Marta wycieńczona w drodze powrotnej ucięła sobie drzemkę,
żeby później z ekipa młodzieżową imprezować do północy!
Niedziela już spakowani, ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie.
I popołudniem w drogę do domu.