My już w domu. Nawet już udało nam się rozpakować,
zrobić zakupy (lodówka i szafki kuchenne ogołocone do zera!),
wykąpać psa (to jeszcze w piątek, śmierdział strasznie!),
wyprawić Wujka Olka do domu.
W piątek lało, w sobotę jeszcze trochę popadało,
a od Niedzieli coraz lepiej!
Wrocławskie tropiki to to nie są,
od razu powyciągaliśmy długie spodnie i długie koszulki dla Martusi,
ale ale... 22 stopnie w sierpniu na Wyspach to dalej lato stulecia więc będziemy korzystać.
Może nawet na fontannę jutro pójdziemy :) Z Tosią.
Tym razem Marta w samolocie była grzeczna,
chyba furia dwulatki 2 rzędy z przodu wprawiła ją w oniemienie
i pozwoliła komu innemu zagłuszać cały samolot krzykiem i płaczem.
Uff! Jak narazie 1 na 4 loty bez awantury.
Jest dobrze :)
Awanturę za to na płycie lotniska zrobiłam ja.
Skandal jakiś! Żeby wózki, zamiast przy schodach,
czekały na rodziców w hali przylotów!
Ja, 2 bagaże podręczne, torebka, Adam i Marta na biodrze-
przez całe STN na pieszo w środku sezonu wakacyjnego!
Niebywałe!!!


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz