Mieliśmy całe 5 dni tylko dla siebie-
Tata + ekipa pojechali na motory w czwartek rano,
żeby wrócić do nad dopiero w poniedziałek wieczorem...
W czwartek mieliśmy wagary-
z okazji wizyty u dentysty :)
Marta bez szwanku, Adaś z kilkoma poprawkami,
Mama do wymiany :)
Potem Valdez Marty w asyście starszego brata
i piknik przy paddling pool z Tosią :)
I na koniec Valdez Adasia, obiad i chwila wytchnienia :)
Bo dalej miało być już tylko intensywniej :)
W piątek - Marta do przedszkola
| (tu dzwoni do taty) |
a po szkole- z przechwyconym Jeremim-
uderzyliśmy prosto na plac zabaw.
Potem trampolinowanie na ogrodzie i sleepover.
No i winko dla Mam, ale ciii....
W sobotę z rana trening piłki nożnej,
później taniec Adasia
i popołudniowa kawa na ogrodzie u Jeremiego.
Po kawie dzieci spać nie chodzą,
więc znów wyszło sleepover- tyle że pod innym dachem :)
Mama do domu wróciła tylko z Marta,
ale za to spa było! A co!
Niedziela niestety bez Słońca,
z zaplanowanego pikniku w parku nici...
Za to kulki były :)
I piknik na dywanie!
A potem spacer!
Ale jaki!
7,5 km na rowerach (chłopaki) i hulajnodze (dziewczynka)-
przez miasteczka, pola, rezerwaty i po drodze.
Bardzo lubimy mieszkać w takiej okolicy!
I nareszcie Adam do domu wrócił na noc...
Poniedziałek - za chmurka,
ale udało się w końcu dotrzeć do parku.
I piknik w końcu na trawce-
co prawda w pospiechu, bo złowieszcza czarna chmura wisiała nad nami :/
I ani się obejrzeliśmy,
5 dni bez taty jak z bicza strzelił!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz