czwartek, 2 maja 2013

To co? Lecimy!


Daliśmy radę.
Lekko nie było,
jak wyraził się zgrabnie Pan Ochroniarz- "Motłoch"... Szkoda, że nie o samym sobie :)

Czekamy i ..gramy :)

W samolocie Martusia najgrzeczniejsza była,
jak ją podnosiłam na wyskość ramion, żeby
mogła zerkać ponad zagłówki.
Wszystko było bardzooooo ciekawe :)
Od razu uśmiech od ucha do ucha!!!

Przy lądowaniu płakała, zmęczona, na 10 min przed metą usnęła.
I tak wysiadaliśmy ostatni, żeby sie chwilkę zdrzemnęła. W poprzek fotela, a co!

potem szybciutko- wózek, odprawa paszportowa, karuzela bagażowa i ... TATA.
No i McDonald rzecz jasna. Na kolacje. A co!

Pogoda u nas śliczna, 20 st i słoneczko.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz