Piątek zapowiadał sie długiii...
Tato po pracy na kręgle z kolegami z pracy,
czyli psy, koty, dzieci i wszystko inne cały dzień na mojej głowie...
Ale nie!
Będzie cyrk!
Nie burdel na kółkach w domu,
ale cyrk z "prawdziwego" zdarzenia- w namiocie!
(z "prawdziwego" zdarzenia nie do końca odzwierciedla
nasze/moje polskie wyobrażenia cyrkowe...
W tutejszych cyrkach nie ma zwierząt- nawet piesków czy małpki kapucynki,
a całe show to klauni i akrobaci...)
Adasia czwarty (chyba dobrze liczę), Marty pierwszy.
I tego pierwszego Marty trochę się bałam- czy wysiedzi 1,5h?
Czy nie będzie marudzić? Czy nie jest za mała?
Ale!
Nic z tych rzeczy!
Od pierwszego aktu M. urzeczona sceną i akcją!
Czy to "pam" i "ower"/czyt. pan i rower/,
czy "pam" i "usiu" /czyt. pani i podniebne akrobacie na linach/,
czy "odo" /czyt. klaun chlapiący widzów wodą/-
zabawa była przednia!
Zafascynowana M. wytrwała całe 1.5h,
objadła się słodkim (fuj) popcornem
i z pewnością chciała jeszcze!
I po piąteczku!
ps. Adasia pierwszy cyrk zaliczyliśmy jeszcze we Wro-
szkoda tylko, że te kilka lat temu byliśmy jeszcze nie 'ajfonowi'- wtedy to dopiero sie działo!
Tata boksował sie z klaunem na arenie,
a Mama była księżniczką, która ratowano z opresji :)
A, zdaje sie dwó-i-pól-telni Adamo, w połowie drugiego aktu zdecydował,
że idziemy do domu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz